TA STRONA WYKORZYSTUJE PLIKI COOKIE zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki.
Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w naszej Polityce prywatności.
Nie pokazuj więcej tego komunikatu
Laotańskie opowieści - wzdłuż Mekongu, cz. II



Vong - właściciel hotu, w którym mieszkam, był w Polsce, w Warszawie na przełomie lat 60-tych i 70-tych. Ufff - miło sobie czasem po polsku porozmawiać. Pakse to miłe miasto. Po rozmowie z Vongiem przy śniadaniu opuszczam hotel i znów bez mapy, bez celu, chodzę po okolicy, robiąc zdjęcia o wschodzie słońca. Uwielbiam te chwile – gdy wszyscy idą, jadą do pracy, szkoły, zapatrzeni przed siebie, pędzący do swoich obowiązków. Nie równa się to w żaden sposób ze zwykłym zwiedzaniem. Dla większości turystów Pakse może wydać się nudną, duszną, zakurzoną mieściną, położoną nad brzegiem jednej z największych rzek świata. Mekong jak zwykle jest zamulony i żółty - nad jego brzegiem masa knajpek, plastikowych stolików, dym unosi się znad grillów - świetne miejsce, aby przysiąść i obserwować. Znużony chodzeniem wypożyczam motorower - chińską podróbkę Hondy. Ziewający poranek, senne przedpołudnie, gorący dzień, złocisty wieczór. Cóż z tego, że nie za wiele tu zabytków i „atrakcji” - miasto samo w sobie jest wspaniałe. Podglądam pracę fryzjera, obserwuję dzieciaki ujeżdżające krowę, gram w takraw z chłopakami nad brzegiem rzeki. Aha - takraw to po prostu piłka (robiona z rattanu) - podbija się ją stopami, głową, barkiem - dzieciaki grające w takraw spotkać można wszędzie na ulicach Tajlandii i Laosu.


Na drugi dzień wyruszam na objazd okolicy. Przez 12 godzin robię 250 kilometrów wokół Wyżyny Boloven. Droga za Pakse wciąż jeszcze zapchana przez setki motorów, ciężarówki, bydło, ludzi pchających wózki z dobytkiem. Po 2 godzinach powolnej jazdy droga pustoszeje. Mijam wioski, osady - zaciekawieni tubylcy wyglądają ze swoich bambusowych chatek. Droga zamienia się w mały koszmarek – brak asfaltu, kurz, piach w oczy i ciężka praca, aby nie wypaść z trasy. Wracam do Pakse - zmęczony i szczęśliwy.


Po trzech dniach jadę na legendarne Cztery Tysiące Wysp - Si Pun Don na Mekongu. Słyszałem o tym miejscu już parę lat temu. Mityczna kraina, gdzie Mekong wygląda jak morze - jego wody rozlewają się na szerokości kilkunastu kilometrów. Mieszkają tam ludzie - na mniejszych i większych wyspach toczy się sielskie życie - przynajmniej tak to wygląda w oczach przyjezdnego. W Pakse najlepiej złapać ciężarówkę i wraz z tubylcami odbyć tę szaloną podróż. Mimo że odległość pomiędzy Pakse a Don Det jest niewielka – spędzam prawie 5 godzin na ciężarówce wraz z Laotańczykami i ich dobytkiem.


Don Det jest niedużą wyspą. Na odcinku jednego kilometra przedsiębiorczy mieszkańcy ustawili mnóstwo chatek z bambusa - i za cenę jednego dolara masz zagwarantowany nocleg. Jedzenie tanie – pełno knajp, budek i pseudo restauracji. Jest niekonwencjonalnie, życie jest proste. Na pewno nie dla wygodnisiów. Po prostu masz tu wszystko, czego potrzebujesz. Spotykam starych znajomych z Kanady - Annie i Kyle’a i wraz z nimi spędzam ostanie dni w Laosie. Wodospady, wycieczki rowerowe, obserwowanie rzecznych delfinów (z których słynie Si Pun Don) no i oczywiście nieustające imprezy.


Rozdygotany, zmęczony, zadowolony lecz pełen niejasnych myśli, i świadom braku kompetentnej wiedzy, przemieszczam się z miasta na wieś, z dżungli w inną, betonową. Dużo się dzieje. Za dużo. Wciąż nowi ludzie, zdarzenia, sytuacje, potęga natury, wschody i zachody słońca. I wciąż w drodze.


Brudny hotel, parę słów w obcym języku, w którym jedno słowo ma wiele znaczeń, gdy intonowane jest w inny sposób, autobus, ciężarówka, taksówka, zdarte sandały. Życie w drodze. Nie wiem w dalszym ciągu jak się do tego odnieść. Łatwo się w to wkręcić, ale mam mieszane uczucia. Bez znajomości lokalnego języka, kultury, mieszkańców, historii danego kraju, z polską mordą, w przepoconej koszulce i workowatych szarych spodniach nie ma możliwości, aby przeniknąć odrobinę do mózgów i serc Azjatów. Jesteś FARANGIEM. Po prostu. Słowo to nie ma złego znaczenia - po prostu słyszysz je nonstopkolor. Nawet nie odnoszą się bezpośrednio do ciebie. Po prostu w jednym wielkim potoku słów jaki płynie zwykłą ulicą Bangkoku, Kuala Lumpur, Vientiane czy Phnom Penh - biała morda - zdziwienie, zaciekawienie, uśmiech i pozdrowienie.


The End




Podziel się tym co czytasz:

Blip Flaker Twitter Facebook Nasza klasa


< Powrót do listy historii

25 sierpnia 2019
Imieniny obchodzą:
Luiza, Ludwik, Józef, Patrycja, Bela

Dzisiejsze wydarzenia

Brak informacji

Punkt informacji
Panorama Ziemi Kłodzkiej