TA STRONA WYKORZYSTUJE PLIKI COOKIE zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki.
Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w naszej Polityce prywatności.
Nie pokazuj więcej tego komunikatu
Etiopia, cz. IV



Zupełnie inny „vibe” niż północ kraju. Wschodnia Etiopia - blisko do granicy z Dżibuti i Somalią. Inny klimat, ludzie, architektura. Wszyscy żują chat, coraz więcej wielbłądów i ludzi pustyni. Przeskoczyłem z Mekele do Addis, parę godzin na lotnisku, godzinka lotu do Dire Dawa, taxi na dworzec i w końcu busik do Hararu.


Rano znów akcja z przewodnikiem, który na mnie czeka w recepcji hotelu. Znów czuję się jak „amerykański turysta” lub „niemiecki emeryt”, no ale cóż - ten człowiek akurat się przydaje. Informuje mnie o zwierzęcym markecie w Babille. Wskakujemy w autobus do Dżidżigi (stolicy prowincji Somali). W autobusie spotykam Marcela z Montrealu, który od lat właściwie robi to samo co ja - zdjęcia, podróże, pilotowanie grup, filmy, działalność edukacyjna. Choć ma 40 lat, wygląda dużo młodziej - kursowanie pomiędzy Afryką, Ameryką i Azją dobrze mu robi - zdążył też założyć rodzinę - ma żonę z ludu Mon (z Tajlandii) i córeczkę. I jakoś to wszystko ogarnia. Ludzie na targowisku są przyjaźni i wyluzowani. Nie robią problemów, że dwóch faranadżi robi im zdjęcia. Sami są nas ciekawi. Setki wielbłądów, kóz, krów, wołów, owiec. Ludzie z Dżibuti, Somali, lud Afar, Oromo, Harari. Dzieje się i to mocno. Sześć godzin robienia zdjęć wystarczy.


Wracamy do Babille.
Dziś jeszcze śpię poza murami starego miasta - z balkonu oglądam chaotyczny market. Ludzkie szaleństwo. Przed chwilą  ciężarówka przejechała kobietę sprzedającą chat na ulicy. Histeria i obłęd. Policja, rękoczyny, wrzask.


Chat to wielki problem w krajach Afrykańskiego Rogu. To nie heroina czy koks, ale i tak uzależnia. Dziesiątki ludzi leżą pod murami z wielkimi torbami wypchanymi chwastem, żując zielone liście, wyciągają rękę w błagalnym geście aby coś im rzucić. Nie pracują, nie myślą, są na haju - kwiaty raju im w tym wystarczająco pomagają aby mogli nic nie robić.


Jedną z „atrakcji turystycznych” jest karmienie hien. Ludzie z Hararu żyją od lat w swoistej symbiozie z hienami, które nie nabrały smaku na ludzkie mięso. Wałęsają się po śmietnikach, licząc na padlinę którą podrzucają im zaprzyjaźnieni mieszkańcy miasta. Ten zwyczaj przerodził się w atrakcję turystyczną. Przyjezdni płacą za mięso i mają możliwość obserwowania tego szalonego spektaklu.


O 19.00 wbijamy się tuktukiem poza bramy starego miasta. Nasz pojazd ustawiamy tak aby snopami świateł z reflektorów oświetlał widowisko - 15 hien skomli, chichocze, miauczy, skrada się na krótszych tylnych łapach, świecąc ogromnymi oczami, osadzonymi w poczciwych przemilusich ryjkach. Zdjęcia, zdjęcia. W pewnym momencie hyena-man proponuje abym sam podjął się karmienia bestii. W lewą rękę chwytam kawałek mięcha na patyku. Błyskawicznie porywa je jedna z hien. Potem biorę patyk w usta nakładam mięso - ogromny łeb hieny zbliża się na 5 centymetrów od moich ust i wyrywa padlinę.


Na sam koniec etiopskiej podróży doskonale odnalazłem sie w Hararze. Zachwycająca plątanina alejek, uliczek, przejść. Labirynt
368 pasaży, w którym jednak nie sposób się zgubić. Zawsze dojedziesz do jednej z bram. Nie przeszkadzają mi naganiacze, samozwańcy - przewodnicy, dzieciaki krzyczące „faranadżooooo!”. Ja na to krzyczę „ethiopiaaaannn!” na „you you you” odpowiadam „ante, anchee, nante!”


The end




Podziel się tym co czytasz:

Blip Flaker Twitter Facebook Nasza klasa


< Powrót do listy historii

25 sierpnia 2019
Imieniny obchodzą:
Luiza, Ludwik, Józef, Patrycja, Bela

Dzisiejsze wydarzenia

Brak informacji

Punkt informacji
Panorama Ziemi Kłodzkiej