TA STRONA WYKORZYSTUJE PLIKI COOKIE zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki.
Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w naszej Polityce prywatności.
Nie pokazuj więcej tego komunikatu
Etiopia cz.I



Addis Abeba
Obywatele 33 krajów dostają wizę „on arrival”. Polacy też. Grzecznie namawiam panią z kontroli granicznej aby wbiła mi całostronicową wizę na istniejącą już pieczątkę jakiegoś kraju - 32 strony w paszporcie to dla mnie zdecydowanie za mało. W kantorze próbuję „przepchnąć” 50-dolarowy banknot z „małą głową prezydenta” - nie udaje się, ale ponoć można to zrobić w Commercial Bank.


Wypijam powitalną kawę - potrójne espresso i ładuję się do rozpadającej, starej Łady. Po drodze do dzielnicy Piazza taksówkarz musi się zatrzymać u „gommisty” aby napompować koła. Dziesięć stopni. Zimno. Ciemna noc w jednym z największych afrykańskich miast. Zatrzymuję się w Hotelu Baro - 10 dolców za noc w nędznym pokoiku. Szukając czegoś do jedzenia trafiam do Ristorante Castelli - słynna włoska knajpa, ponoć najlepsza w całej Etiopii. Jest tu nieprzerwanie od lat 30-tych. Przetrwała wszystkie zawirowania historii. Na ścianie zdjęcia gości: Geldof, Clinton, Brangelina etc.


Miasto na pierwszy rzut oka nie zachwyca. Chaotyczny mix klimatów włoskich, imperialistycznych, komunistycznych plus slamsy na przemian z nowoczesnymi, szkaradnymi wytworami szalonych architektów.


Unikatowości Etiopii na pewno w jednym zdaniu opisać się nie da. Miłą wiadomością jest dla mnie to, że według tutejszego kalendarza mam 25 lat (rok ma w Etiopii 13 miesięcy - 12 miesięcy po 30 dni i jeden po 5 albo 6). To nie wszystko - dzień liczy się tu godzinowo od 6.00 rano, czyli od wschodu słońca (np. o 10.00 rano naszego czasu, w Etiopii jest 4.00 rano).


Gonder
Ze snu wyrwało mnie twarde lądowanie na lotnisku oddalonym o 20 km od Gonderu. Poranne słońce miło grzało. Góry, które wyrastały na horyzoncie osnuwała delikatna mgiełka. Poza tym ani jednej chmurki na niebie. Powietrze czyste i rześkie. Ruszyłem w poszukiwaniu kogoś, aby podzielić koszty transportu. Długo nie szukałem. Zaraz po mnie wyszły dwie Hiszpanki, trajkocząc coś wpadły na mnie gdy przepakowywałem plecak. - Hola, hola - Trinty i Maite. Jedziemy razem do Belegez Pension. Zatyczki do uszu, opaska na oczy. Odpadam na ładnych parę godzin. Po przebudzeniu nie wiedziałem gdzie jestem. Zajęło mi to parę chwil aby zdać sobie sprawę z nowej lokalizacji.


Gonder stanowi przede wszystkim bazę wypadową w góry Simien. W centrum miasta wznosi się ufortyfikowany kompleks pałacowy - siedziba Fasiladasa - cesarza Etiopii, który ustanowił w Gonder stolicę swojego imperium w 1636 roku. Straszna nuda - ale może warto zobaczyć - w końcu w Afryce takich miejsc jest niewiele.


- You, you, you - słyszę na każdym kroku. Molestowanie w stylu hinduskim. Zaczepki i zaczepki. Tak naprawdę należy to zupełnie ignorować. Turysta = kasa. Albo cukierek lub długopis. Należy dorwać białasa, omamić, stłamsić, osaczyć i wydoić. Tak to jest na turystycznym szlaku. Wystarczy mieć trochę więcej czasu i zjechać z marszruty Lonely Planet aby spotkać bezinteresownych ludzi.


Biegam z aparatem. Myślę, że dobrym posunięciem było zabranie małej łajki z 35mm obiektywem. Wisi sobie z boku, nie rzuca się w oczy. Szybko się nią ustawia co trzeba - właściwie point and shoot - jeżeli się dobrze pozna aparat. Chodzę i strzelam, ale nie jest łatwo. Najlepiej się nie pytać, choć to oczywiście wbrew zasadom „dobrego turysty” z Zachodu. Ja jestem złym turystą. Widzę moment, robię zdjęcie i w nogi. Aparat jest cichy i dyskretny. Tak naprawdę przede wszystkim lokalesi widzą białasa z dziwnymi włosami, żółtymi od słońca i z 4-tygodniową brodą. A aparat w drugiej kolejności.


C.d.n.


 




Podziel się tym co czytasz:

Blip Flaker Twitter Facebook Nasza klasa


< Powrót do listy historii

25 sierpnia 2019
Imieniny obchodzą:
Luiza, Ludwik, Józef, Patrycja, Bela

Dzisiejsze wydarzenia

Brak informacji

Punkt informacji
Panorama Ziemi Kłodzkiej