TA STRONA WYKORZYSTUJE PLIKI COOKIE zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki.
Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w naszej Polityce prywatności.
Nie pokazuj więcej tego komunikatu
Tamil Nadu - Madurai i Kanyakumari



Minął miesiąc. Wszystko dzieje się za szybko, w mgnieniu oka. Doby wybijane rytmem wschodów i zachodów słońca. Godziny trawione w szumie wiatraków rozpadających się hoteli. Minuty upływające w kafejkach netowych. Sekundy wybijane rytmem mlaskających klapek. Oczywiście to, co sobie założyłem na początku nie jest do końca realizowane. Plan trasy zapaćkany jest datami i miejscówkami.

Pociąg relacji Chingalpattu – Madurai. Większość współpasażerów już śpi, zjedli szybko posiłek przyniesiony z domu. Kręcę się po pociągu, pochłaniam niezliczone ilości kawy i herbaty, czasem siadam na schodach wejściowych, kontemplując indyjską noc z pędzącego pociągu.

Podróż mija szybko, nad ranem wysiadam na stacji w Madurai. Kawa na niespodziewanie czystym i przyjemnym dworcu podczas przeglądania mapy miasta. Dreptam parę kroków do hotelu - oczywiście zatrzymywany przez mniej więcej 20 rykszarzy. Docieram na miejsce, przeskakując przez chrapiące na posadzce ciała pracowników hotelu. Mój pokój znajduje się na czwartym piętrze więc mogę stamtąd obserwować, jak miasto budzi się do
życia. Noc się kończy, z pobliskiego meczetu imam nawołuje do modlitwy, śmieciarze segregują odpadki, wąsaci dżentelmeni pogrążeni w lekturze gazet zapalają pierwszego
papierosa popijając gorącą herbatę.

Madurai to jedno z najstarszych indyjskich miast, usytuowane nad brzegami rzeki Vaigai. Jest największym miastem południa stanu Tamil Nadu. Od wieków leżało na ważnych szlakach handlowych, było także stolicą jednego z najpotężniejszych ówczesnych królestw – tu rezydowali królowie Pandaya. Do dziś jest ważnym centrum handlowym i kulturalnym południa Indii.

Znajduje się tu jedna z najpiękniejszych świątyń, do której przybywają pielgrzymi z całych Indii. W samym centrum miasta rosną ku niebu strzeliste 50-metrowe wieże (gopury) Meenakshi Sundareswarar. Na teren świątyni prowadzą cztery bramy. Setki ludzi medytuje w różnych miejscach ogromnego kompleksu. Zatrzymuję się tu i ówdzie, robiąc zdjęcia. Czasem myślę, że najlepiej byłoby stać się niewidzialnym…

Kanyakumari. No dobrze. Dałem się podejść. Przez chwilę nie byłem czujny i zrobili mnie w konika polnego. Do Kanyakumari miałem (chciałem) jechać pociągiem, okazało się jednak, że nie ma bezpośrednich i trzeba się przesiadać gdzieś po drodze na autobus. Pokręciłem się w okolicy dworca (tzn. nawet nie musiałem za bardzo bo po dosłownie 15 sekundach dorwali mnie naganiacze z biura podroży). „Onli tri auers ser, ekspres, werio gud, handred fifti”. Zabuliłem 150 rupii i na drugi dzień stawiłem się przed biurem. Jeszcze wcześniej doszło do awantury w hotelu, przy oddawaniu kluczy, recepcjonista stwierdził, że hotel jest 24 godziny na dobę otwarty i jeżeli zameldowałem się do pokoju o 4.15 rano to doba kończy się równo po 24 godzinach i mam dopłacić jeszcze za następny dzień - pokazałem mu środkowy palec i szybko wyszedłem z hotelu (żeby nie nazwać tego ucieczką). Tamil z biura niestety skłamał lub nie powiedział prawdy - autobus wcale nie odjeżdża spod biura podroży, ale trzeba było miejskim autobusem jechać za miasto (godzinka w plecy) i tam co 10 minut odjeżdża lokalny autobus do Kanyakumari (70 rupii). Przerabianie nie do końca zorientowanych turystów to narodowy sport (zaraz po krykiecie) w Indiach.

Autobus okazał się spoko. Przespałem trzy godzinki, a następne trzy gapiłem się przez okno. Gdzieś zza szaro-niebieskawej zasłony chmur (pomimo oślepiającego słońca) majaczyły góry o dziwacznych kształtach. Wyrastały wprost z rozleglej równiny pełnej wiatraków. Ich liczba sięgała setek - wiatrakowe pola ciągnęły się aż po horyzont i zachwyciłyby nie jednego Don Kichota, czy też miłośnika alternatywnych źródeł energii.

Dwadzieścia kilometrów od celu podroży jedna z miejscowości tonęła w czerwieni flag z sierpem i młotem – znak, że zbliżam się do stanu Kerala, gdzie komuniści posiadają znaczną polityczną siłę.

No i jestem na miejscu. Tutaj wody Zatoki Bengalskiej, Morza Arabskiego i Oceanu Indyjskiego spotykają się w jednym miejscu - koniec subkontynentu - południowy
koniuszek Indii. Tam leży niewielkie miasteczko Kanyakumari. Tu także 26 grudnia 2004 dotarły fale nieokiełznanego tsunami.

Zniszczone nadbrzeże, rozwalone łodzie - wszystko jednak wraca do normy (oprócz turystów, których prawie nie widać). W Kanyakumari zginęła tego dnia jedna osoba. W paru miejscach przystąpiono do odbudowy domów a jedna z organizacji pomaga zreperować łodzie rybackie za darmo. Mam nadzieję, że życie wróci tu do normy.

Kanyakumari jest podobnie jak Madurai centrum pielgrzymkowym. Tysiące osób z całych Indii przybywają tu aby odwiedzić święte miejsce znajdujące się na małej wysepce, oddalonej o pół godziny od stałego lądu. Co wieczór na plaży w Kanyakumari tłum pielgrzymów dokonuje ablucji w wodach Oceanu Indyjskiego. No ale jak zwykle w Indiach cała ta świętość i ceremonie mieszają się z lokalną „cepelią” w stylu wata cukrowa, lody, baloniki, stragany z portretami świętych. Kicz, kicz, kicz – cóż, Hindusi to kochają.

Zostaję dwie noce i czas ruszać na północ – do Trivandrum i Kochi.

bartpogoda.net


Podziel się tym co czytasz:

Blip Flaker Twitter Facebook Nasza klasa


< Powrót do listy historii

25 sierpnia 2019
Imieniny obchodzą:
Luiza, Ludwik, Józef, Patrycja, Bela

Dzisiejsze wydarzenia

Brak informacji

Punkt informacji
Panorama Ziemi Kłodzkiej